1764909
Dziś
Wczoraj
W tym tygodniu
W zeszłym tygodniu
W tym miesiącu
W zeszłym miesiącu
Ogólnie
237
604
3200
658616
16369
20298
1764909

Liturgia

 

Migawki

Kontakt

 

Misja Boston

 

W każdej chwili gotowi są spakować swoje rzeczy i ruszyć w nieznane. Nie boją się. Mówią, że jak się doświadczyło, że Pan Bóg troszczy się o najmniejszy szczegół w życiu, to nie ma się czego bać, nawet w wielkiej Ameryce, do której jadą na misje.

Jana. To imię wybrała sobie na chrzcie ośmioletnia Eugenia. Pamięta dobrze ten dzień. Wigilia św. Jana, stąd właśnie takie imię. Chrzest przyjmowała z mamą na Łotwie podczas wakacji. Wtedy na Białorusi w Homlu, gdzie mieszkała, parafie nie funkcjonowały. Tak było do czasu, gdy na misje przyjechał młody prezbiter z rodzinami z Drogi Neokatechumenalnej: jedną z Hiszpanii i jedną z Lublina.

– Patrzyliśmy na tych ludzi, jak żyją, wierząc, że Pan Bóg się o wszystko zatroszczy, jak rozwiązują różne trudności i jak mówią o Jezusie, i chcieliśmy żyć tak samo. To dzięki nim w naszym wielkim mieście zaczął rodzić się Kościół i dziś jest żywym znakiem Jezusa Chrystusa pośrodku postsowieckiej cywilizacji śmierci – opowiada Jana.

Dzień po swoich 18. urodzinach przyjechała do Lublina na studia psychologiczne na KUL. Na Białorusi szkoła kończy się szybciej niż w Polsce.

- Mój tato chciał, bym studiowała za granicą. Polska była nam bardzo bliska, bo moja babcia była Polką. Poza tym ksiądz z naszej parafii pochodził z Lublina, no i jedna z rodzin, które były u nas na misji, też - mówi Jana.

Tu koniecznie chciała znaleźć wspólnotę neokatechumenatu, która tak bardzo pomógła jej na Białorusi uwierzyć w Boga i zaufać Mu we wszystkim. Trafiła na spotkanie wspólnoty w parafii Świętej Rodziny w Lublinie. Pamięta dokładnie, że wprowadzenie do czytania liturgicznego głosił wtedy młody przystojny chłopak w niebieskiej koszuli.

Wszystko dał mi Kościół

Andrzej. Nie pamięta, jak był wtedy ubrany, i dziwi się żonie, że takie szczegóły utkwiły jej w pamięci. Sam, jak przyznaje, długo się przekonywał do wspólnoty.

- Dziś wszystko, co mam w życiu, mam od Kościoła, ale trochę czasu minęło, zanim to zrozumiałem. Kościół poprzez Drogę powoli i cierpliwie prowadzi mnie do wiary dojrzałej i uczy, jak żyć nią na co dzień, czerpiąc siłę z łaski chrztu. Jako młody chłopak byłem w oazie, ale jakoś poważnie o życiu nie myślałem. Gdy patrzyłem na rodziny z dziećmi na oazowych rekolekcjach, przerażał mnie ten widok. Myślałem, że mnie to nigdy nie czeka - śmieje się Andrzej, dziś ojciec czterech córek.

Na pierwszej katechezie, na którą poszedł, uznał, że to jakieś niedorzeczności. Więcej się nie wybierał.

- To chyba sam Pan Bóg o mnie zawalczył, bo ja na pewno neokatechumenatem nie zachwyciłem się na początku. Po kilku latach od tamtej pierwszej katechezy poszedłem znowu, zaproszony przez kogoś. Spotkania były ciekawe, ale sądziłem, że ze swoją relacją z Bogiem dam sobie radę sam i nie potrzebuję prowadzenia. Byłem lektorem i ministrantem w parafii, kochałem Pana Boga, ale nie żeby zaraz jakoś szczególnie, bo bardziej zajmowały mnie moje własne pomysły na życie. Gdy po jednej z Mszy św. w zakrystii ksiądz błagał, bym pojechał na dwudniową konwiwencję, byłem w szoku, ale jego zachowanie bardzo mnie zaintrygowało, tak że nie śmiałem odmówić - opowiada Andrzej.

Przyjechał spóźniony i tak trochę na odczepnego, ale Panu Bogu to wystarczyło.

- Tam zacząłem doświadczać, że Pan Bóg naprawdę się o mnie troszczy. Potem, będąc na Drodze, doświadczyłem, że jeśli chcę żyć w prawdziwej zażyłości z Chrystusem, to muszę iść na całość. Oddać Bogu swe życie i niech robi, co chce - mówi Andrzej.

A Pan Bóg chciał na przykład, by skończył studia, które przerwał.

- Gdyby nie katechiści, którzy w imię posłuszeństwa prosili mnie, bym wrócił na uczelnię, sam bym się na to nie zdecydował - mówi.

No, jeszcze jeden z pięknych Bożych planów zrealizował się we wspólnocie - tu poznał swoją żonę Janę.

Pierogi od sąsiadki

Jana i Andrzej. Oboje są bardzo "charakterni", jak mówią o sobie, więc o konflikty łatwo. Mimo wszystko co do jednego są zgodni - ich wspólne życie możliwe jest tylko z Panem Bogiem.

- To wcale nie oznacza, że nie mamy problemów. Przeciwnie, doświadczaliśmy wielu trudności, łącznie z utratą pracy i brakiem pieniędzy. Pan Bóg nigdy nas jednak nie zawiódł - mówią.

- Nikomu z nas ani naszym dzieciom nie zaszkodziło to, że jedliśmy ciągle pieczone ziemniaki. A gdy pożaliłam się Panu Bogu, że mam troje dzieci, z czwartym jestem w ciąży, źle się czuję i mam już tych ziemniaków dosyć, przyszła sąsiadka i przyniosła wielką miskę pierogów. To nie była pani jakoś szczególnie z nami zaprzyjaźniona i na pewno nie wiedziała o naszych kłopotach. Przyszła, bo jak powiedziała, w ciąży pewnie trudno mi gotować, a ona ulepiła za dużo pierogów. Jak mogę mieć wątpliwość? Pan się o nas zawsze troszczy, a największym dowodem na Jego miłość jest to, że buduje nasze małżeństwo, pokazuje, jak prowadzić szczęśliwe życie rodzinne i wychowywać dzieci zgodnie z Ewangelią, daje piękno życia wiarą i radość stawania się chrześcijaninem - mówi Jana.

Wyjazd w nieznane

Czasami siedząc w domu, rozmawiali o misjach, poruszeni świadectwami rodzin tam przebywających. Na pewnym etapie formacji niektóre rodziny mogą zgłosić gotowość wyjazdu na misje do dowolnego miejsca na świecie. Wiąże się to z zostawieniem swojego domu, pracy, znajomych i przeniesieniem się gdzieś, gdzie lokalny biskup zaprasza rodziny z neokatechumenatu, by żyły, dawały świadectwo, ożywiały parafie czy zakładały nowe wspólnoty.

- Dla mnie było to normalne, bo dzięki takiej rodzinie, która przyjechała na misje na Białoruś, mogłam poznać Jezusa i zawierzyć Mu swoje życie. Przechodziło mi czasami przez myśl, kiedy jeszcze nie byłam mężatką, że jak założę rodzinę, też tak chciałabym służyć innym - mówi Jana.

Dla Andrzeja misje są zwykłą konsekwencją poważnego traktowania wiary i formacji we wspólnocie. Kiedy więc na jednym ze spotkań padło pytanie, czy jest jakaś rodzina gotowa wyjechać na misję, Jana i Andrzej wstali.

- To był jakiś wewnętrzny impuls. Nie uzgadnialiśmy tego wcześniej, że właśnie teraz się zgłosimy, po prostu wzięliśmy się za ręce i wstaliśmy, będąc oboje głęboko przekonani, że zgadzamy się służyć Kościołowi w ten sposób - mówią małżonkowie.

Oprócz nich we wszystkich wspólnotach neokatechumenalnych w Polsce w ubiegłym roku zgłosiło się 300 małżeństw. Samo zgłoszenie jeszcze niczego nie oznacza. Z tymi małżonkami rozmawiają katechiści, sprawdzają ich możliwości wyjazdu i rozeznają, czy to dobry moment dla tej rodziny na wyjazd. Spośród 300 rodzin wybrano 42 do bliższego przygotowania. Z tych rodzin z Polski na misje mogło pojechać tylko 6.

- Myślałam sobie, że pewnie nas nie wybiorą, jest tyle małżeństw bardziej godnych, mających więcej dzieci, będących na Drodze Neokatechumenalnej dłużej. Dlatego pewnym zaskoczeniem, mimo wszystko, był fakt, że wybrano nas - mówi Jana.

Biedna Ameryka

Nie wiedzieli, dokąd pojadą. Wybór odbył się drogą losowania.

- Wśród 15 miejsc, gdzie miały być utworzone nowe misje, były m.in. Talin i jakieś miasto w Australii. Te dwa miejsca wydawały mi się najbardziej pociągające. Okazało się jednak, że wylosowaliśmy Boston - mówi Jana.

Może wyjazd na misje do Ameryki wydaje się na pierwszy rzut oka dziwaczny. Kiedy jednak małżonkowie przyjrzeli się bliżej temu miejscu, zrozumieli, że jadą na duchową pustynię, gdzie zagubiło się wielu ludzi nieświadomych Bożej miłości.

- Zostaliśmy posłani 20 stycznia 2012 r. przez Ojca świętego razem z kilkudziesięcioma rodzinami i 15 prezbiterami na nowe „missio ad gentes" ("misja do narodów"), aby żyć we wspólnocie pomiędzy ludźmi, którzy Pana Boga nie znają, i w ten sposób dawać świadectwo wiary w środowisku wprost pogańskim lub wtórnie zsekularyzowanym - mówią.

Diecezja bostońska jest bankrutem. Miejscowy biskup sprzedał swój pałac biskupi, dużą część majątku diecezji, w tym wiele kościołów, do których nikt już nie przychodzi. Pieniądze były potrzebne na wypłacenie odszkodowań ofiarom nadużyć dokonanych przez miejscowych księży. Żeby odnowić życie diecezji, biskup postawił na rodziny.

- Nie jedziemy tam sami. Będziemy tworzyć wspólnotę z prezbiterem, trójką innych rodzin z różnych stron świata i kilkoma osobami samotnymi, które tak jak my zgłosili się na misje. Na początek diecezja wynajmie nam jakieś mieszkanie, gdzie będziemy mogli się zatrzymać, na miejscu trzeba będzie znaleźć lokum, gdzie będzie się spotykać wspólnota, jakieś źródło utrzymania rodziny, posłać dzieci do szkoły. Nie wiemy, jak to będzie, ale ufamy, że Pan Bóg wszystko przewidzi. Doświadczaliśmy tego wielokrotnie - mówią Jana i Andrzej.

Na wyjazd niecierpliwie czekają ich córeczki, szczególnie te najstarsze: 7-letnia Zosia i 4,5-letnia Eliza; młodsza Frania i najmłodsza Róża nie rozumieją jeszcze, co je czeka, ale atmosfera oczekiwania udziela się wszystkim.

- Nie wiemy jeszcze, kiedy ruszamy. Początkowo miało to być po wakacjach, ale nie udało się załatwić wszystkich urzędowych formalności. Z tego, co wiemy, wszystko jest wtoku i w każdej chwili możemy się spodziewać maila z wezwaniem: "przyjeżdżajcie". Jesteśmy gotowi - mówią małżonkowie.

Przygotowując się do wyjazdu, założyli stronę internetową  www.misiaboston.pl . Tam można znaleźć więcej informacji i wesprzeć małżonków.

                                                               tekst i zdjęcie: Agnieszka Gieroba (GN 9/2013)

 

 

Benedykt XVI - «Drodzy małżonkowie, żyjąc w małżeństwie nie obdarowujecie siebie jakąś rzeczą czy działaniem, ale całym życiem»

 
Homilia Benedykta XVI podczas Światowego Spotkania Rodzin


     Czcigodni Bracia, Szanowni przedstawiciele władz, Drodzy bracia i siostry!

 

   Dzisiejszego poranka, sprawując Ofiarę Eucharystyczną, przeżywamy wielkie wydarzenie radości i wspólnoty. Jest to wielkie zgromadzenie, zjednoczone z następcą Piotra, które tworzą wierni pochodzący z wielu krajów. Wyraża ono sugestywny obraz Kościoła, jednego i powszechnego, założonego przez Chrystusa, będącego owocem tej misji, którą jak słyszeliśmy w Ewangelii, Jezus powierzył swoim apostołom: by szli i nauczali wszystkie narody, "udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego" (Mt 28, 18-19).

 

    Serdecznie i z głęboką wdzięcznością pozdrawiam kardynała Angelo Scolę, arcybiskupa Mediolanu oraz kardynała Ennio Antonelliego, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Rodziny, głównych odpowiedzialnych za to VII Światowe Spotkanie Rodzin, a także ich współpracowników, biskupów pomocniczych Mediolanu i innych biskupów. Z radością pozdrawiam wszystkich tu obecnych przedstawicieli władz. Moje serdeczne pozdrowienia kieruję przede wszystkim do was, drogie rodziny! Dziękuję za waszą obecność!

 

   W dzisiejszym drugim czytaniu, apostoł Paweł przypomniał nam, że przyjmując chrzest otrzymaliśmy Ducha Świętego, który jednoczy nas z Chrystusem jako braci i wprowadza nas w relację z Ojcem jako dzieci, tak, że możemy wołać "Abba! Ojcze!" (por. Rz 8,15.17). W tym sakramencie został nam dany zalążek nowego, Bożego życia, które ma wzrastać, aż do ostatecznego spełnienia w chwale niebios. Staliśmy się członkami Kościoła, rodziny Boga - "sacrarium Trinitatis" - jak go określa św. Ambroży, "ludem - jak uczy II Sobór Watykański- zjednoczonym jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego" (Konst. Lumen gentium, 4).

 

   Sprawowana dziś uroczystość liturgiczna Trójcy Przenajświętszej zaprasza nas do kontemplacji tej tajemnicy. Zachęca nas także do podjęcia wysiłku, by żyć w komunii z Bogiem i między nami na wzór Trójcy Świętej. Jesteśmy wezwani do zgodnego przyjęcia i przekazywania prawd wiary; do okazywanie sobie wzajemnej miłości, dzieląc radości i cierpienia, ucząc się prosić i obdarzać innych przebaczeniem, doceniając różne charyzmaty pod przewodnictwem Pasterzy. Jednym słowem, jest nam powierzone zadanie budowania wspólnot kościelnych, które będą stawać się coraz bardziej rodzinami, zdolnymi do odzwierciedlenia piękna Trójcy Świętej i ewangelizowania nie tylko słowem, ale powiedziałbym, przez "promieniowanie", siłą przeżytej miłości.

 

   Nie tylko Kościół powołany jest do tego, aby być obrazem Jedynego Boga w trzech osobach, lecz także rodzina, oparta na małżeństwie zawartym między mężczyzną a kobietą. Na początku "Stworzył Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się"" (Rdz 1,27-28). Bóg stworzył istotę ludzką jako mężczyznę i kobietę, równych w godności, ale także z właściwymi sobie i dopełniającymi się cechami, aby dwoje było darem dla siebie nawzajem, aby doceniali siebie oraz tworzyli wspólnotę życia i miłości. Miłość jest tym, dzięki czemu osoba ludzka staje się autentycznym obrazem Boga.

 

   Drodzy małżonkowie, żyjąc w małżeństwie nie obdarowujecie siebie jakąś rzeczą czy działaniem, ale całym życiem. Wasza miłość przynosi owoce przede wszystkim dla was samych, gdyż pragniecie wzajemnego dobra, doświadczając radości przyjmowania i darowania. Jest ona także owocna w wielkodusznym i odpowiedzialnym przekazywaniu życia dzieciom, w troskliwej opiece nad nimi oraz mądrym i starannym wychowaniu. Jest wreszcie owocna dla społeczeństwa, ponieważ życie rodzinne jest pierwszą i niezastąpioną szkołą wartości społecznych, takich jak poszanowanie osób, bezinteresowność, zaufanie, odpowiedzialność, solidarność, współpraca. Drodzy małżonkowie, dbajcie o wasze dzieci. W świecie zdominowanym przez technikę, przekazujcie im w sposób spokojny i ufny sens życia, siłę wiary, ukazując im wzniosłe cele i wspierając ich w kruchości. Także wy, dzieci, bądźcie w stanie trwać zawsze w głębokiej relacji miłości i troskliwej opieki do waszych rodziców. Niech również relacje między braćmi i siostrami staną się okazją, by wzrastać w miłości.

 

   Boży Plan wobec pary małżeńskiej znajduje swoją pełnię w Jezusie Chrystusie, który wyniósł małżeństwo do godności sakramentu. Drodzy małżonkowie, obdarzając was szczególnie Duchem Świętym, Chrystus sprawia, że możecie uczestniczyć w Jego oblubieńczej miłości, czyniąc was znakiem swej miłości do Kościoła: miłości wiernej i całkowitej. Jeśli będziecie w stanie przyjąć ten dar, ponawiając z wiarą każdego dnia wasze "tak" mocą, która pochodzi z łaski sakramentu, także wasza rodzina będzie żyć miłością Boga, na wzór Świętej Rodziny z Nazaretu. Drogie rodziny, często proście w modlitwie o pomoc Panny Maryi i Świętego Józefa, aby nauczyli was przyjmować miłość Boga, tak jak oni ją przyjęli. Nie jest łatwo, zwłaszcza dziś, żyć waszym powołaniem, lecz rzeczywistość miłości jest wspaniała, jest jedyną siłą, która może naprawdę przemienić świat. Bierzcie przykład ze świadectwa wielu rodzin, które wskazują drogi, w jaki sposób wzrastać w miłości: utrzymywanie stałej więzi z Bogiem i uczestniczenie w życiu Kościoła, troska o dialog, poszanowanie punktu widzenia drugiej osoby, gotowość do służby, cierpliwość wobec słabości drugiej osoby, przebaczenie i prośba o przebaczenie, przezwyciężanie z mądrością i pokorą pojawiających się konfliktów, przyjęcie wspólnej wizji wychowania, otwarcie się na inne rodziny, wrażliwość na ubogich, odpowiedzialność za życie społeczne. Są to elementy, które przyczyniają się do budowania rodziny. Wcielajcie je w życie odważnie, będąc pewnymi, że na tyle, na ile, przy pomocy Bożej łaski, będziecie w stanie obdarzać miłością innych, staniecie się żywą Ewangelią, prawdziwym Kościołem domowym (por. Adhortacja apostolska Fammiliaris consortio, 49).

 

   Chciałbym skierować także słowo do tych wiernych, którzy choć podzielają naukę Kościoła dotyczącą rodziny, naznaczeni są bolesnym doświadczeniem rozpadu małżeństwa i separacji. Chcę, abyście byli świadomi, że papież i Kościół, wspierają was w waszym trudzie. Zachęcam was do trwania w jedności w waszych wspólnotach, wyrażając zarazem życzenie, aby diecezje podejmowały stosowne inicjatywy zmierzające do okazania wam przyjęcia i gościnności.

 

   W Księdze Rodzaju, Bóg powierza parze małżeńskiej odpowiedzialność za stworzenie, które jest jego dziełem, aby je strzegła, troszczyła się o nie i kierowała nim zgodnie ze Jego planem (por, 1, 27 -28; 2,15). W tym poleceniu możemy zobaczyć dostrzec, że powołaniem mężczyzny i kobiety jest współpraca z Bogiem w celu przemiany świata poprzez pracę, naukę i technikę. Mężczyzna i kobieta są obrazem Boga także w tym cennym dziele, które powinni wypełniać z taką samą miłością jak ich Stwórca. Widzimy, że we współczesnych teoriach ekonomicznych, często przeważa utylitarystyczna koncepcja pracy, produkcji i rynku. Jednakże Boży plan i nasze doświadczenia ukazują, że jednostronna logika poszukiwania własnego pożytku i jak największego zysku, nie jest drogą, która przyczynia się do harmonijnego rozwoju, dobra rodziny i budowania bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Niesie ona ze sobą niezdrową konkurencję, potężne nierówności, degradację środowiska, pogoń za konsumpcją, trudności w rodzinach. Mentalność utylitarystyczna posiada także wpływ na relacje międzyosobowe i rodzinne, redukując je do kruchych oczekiwań indywidualnych interesów, które naruszają fundamenty tkanki społecznej.

 

   Ostatni element. Człowiek, jako obraz Boga, jest powołany także do odpoczynku i święta. Opowieść o stworzeniu kończy się następującymi słowami: "A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy Bóg pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym" (Rdz 2, 2-3). Dla nas, chrześcijan, dniem świątecznym jest niedziela, dzień Pański, cotygodniowa Pascha. Jest to dzień Kościoła, zgromadzenia zwołanego przez Pana wokół stołu Słowa i Ofiary Eucharystycznej, tak jak to czynimy dzisiaj, aby się Nim karmić, doświadczyć Jego miłości. Jest to dzień człowieka i jego wartości: wspólnego zasiadania za stołem, przyjaźni, solidarności, kultury, kontaktu z przyrodą, zabawy, sportu. Jest to dzień rodziny, w której wspólnie powinniśmy przeżywać doświadczenie święta, spotkania, dzielenia się ze sobą, także poprzez uczestnictwo we Mszy Świętej. Drogie rodziny, pomimo szybkiego tempa życia, które charakteryzuje nasze czasy, nie zatraćcie sensu Dnia Pańskiego! Jest on jak oaza, w której trzeba się zatrzymać, aby zasmakować radości spotkania i ugaszenia naszego pragnienia Boga.

 

   Rodzina, praca, święto: trzy dary Boże, trzy wymiary naszego życia, które powinny posiadać właściwą równowagę. Umiejętne połączenie czasu pracy i wymogów rodziny, życia zawodowego i macierzyństwa, pracy i święta jest ważne dla budowania społeczeństwa o ludzkim obliczu. Pozwólcie, aby pierwszeństwo zajmowała logika "być" nad logiką "mieć". Pierwsza z nich buduje, druga kończy się zniszczeniem. Trzeba przede wszystkim, aby rodzina była miejscem wychowania do wiary, autentycznej miłości, która pochodzi od Boga i łączy nas z Nim i właśnie z tego względu "przekształca nas w My, które przezwycięża nasze podziały i sprawia, że stajemy się jednym, tak że ostatecznie Bóg staje się "wszystkim we wszystkich" (por. 1 Kor 15, 28)" (Encyklika Deus caritas est, 18)". Amen. 

Mediolan, 3 czerwca 2012 r.
 

 

 

O dezercji ojców i rozdrapywaniu ran mówi paulin 
o. Maksymilian Stępień

Marcin Jakimowicz: Mistrz nowicjatu pyta dwudziestu chłopaków: kto z was miał dobrą relację z ojcem? Podnoszą się… trzy dłonie. Siedemnastu facetów patrzy w ziemię. To normalny obrazek?


O. Maksymilian Stępień: – Przyzwyczailiśmy się już do tego. Znajoma katechetka uczyła w gimnazjalnej klasie, w której na 30 uczniów aż 28 pochodziło ze związków niesakramentalnych, nieformalnych. Jedna czy dwie osoby były z normalnych rodzin. To była tak trudna i agresywna klasa, że katechetka nie dała sobie rady i odeszła. 


Jak takim ludziom powiedzieć, że Bóg jest ojcem?


– Nadchodzą w Kościele czasy, w których Pan Bóg przyjdzie przez maluczkich, ubogich i poranionych. Nadchodzą czasy dzieci. Odsyłam do znakomitej książki karmelity André Daigneaulta „Droga niedoskonałości”. To czasy Kościoła ludzi zranionych. Miłość Boża promieniuje przez ich rany…


Czym różnią się nowicjusze, którzy mieli dobrą relację z ojcem, od pozostałych?


– Różnica jest ogromna. Doświadczenie ojca jako głowy rodziny rodzi czystość, pokój, ustawia właściwie wartości. Ojciec, który wierzy głęboko w Boga, sprawia, że wszystko jest zharmonizowane. Tam, gdzie pojawiły się mocne grzechy, jak aborcja, alkoholizm czy jakaś forma ojcowskiej niedojrzałości, przechodzą one z ojca na syna. Niedojrzały pozostaje przede wszystkim świat emocjonalny dzieci.


Naprawdę jesteśmy aż takimi naczyniami połączonymi? Psychiatra słysząc o przechodzeniu grzechów nie złapie się za głowę?


– Nie. Psychoanaliza i psychogeneza podpowiedziały nam, że grzechy rodziców przechodzą na dzieci. Widzę to niemal namacalnie, spowiadając kilka godzin dziennie. Niedojrzałość ojca przechodzi na dzieci. Mnóstwo ludzi odczuwa brak ojca. Setki penitentów chcą przerzucić na spowiedników odpowiedzialność za podjęcie decyzji. Co chwila słyszę: „Proszę mi podpowiedzieć, co ja mam zrobić?”.


Ucieka Ojciec od takich relacji?


– Od kilkunastu lat z uporem maniaka zadaję ludziom jedno pytanie: „W czym chcesz być podobny do swojego ojca?”. I proszę mi wierzyć, w 99 procentach słyszę: „W niczym”. Po długiej ciszy coś tam pozytywnego znajdą, ale pierwsza reakcja jest druzgocąca.
             Gdy tacy ludzie spotkają kapłana, który wydaje im się wiarygodny, natychmiast oddają mu swoje życie. „Wieszają się” na nim. Chcą, byśmy nimi pokierowali. Szukają w nas bezwarunkowej miłości ojca. Mówią: „Pomóż mi poukładać życie”. W konfesjonale na każdym kroku „wychodzi” głód ojca. Penitenci szukają taty. Faceta, który nazwie dobro dobrem, a zło złem.
 Wiele zniewoleń, o których słyszę od lat w konfesjonale, ma źródło w tym, że samotne matki nie wytrzymują ciśnienia. Stają się głową rodziny, przejmują całą kontrolę i robią – niezależnie od swych intencji – bardzo złą robotę. Ratują rodzinę (tata pije, taty nie ma, tata robi karierę, tata jest emocjonalnie wycofany) i starają się zastąpić brak ojca dwudziestokilkuletnim synom. Efekt? Nie chcą wypuścić ich z ramion. Symbioza z matką staje się toksyczna.


Czy grzebanie się w przeszłości, w grzechach ojców, nie jest rodzajem never-ending story? I usprawiedliwieniem: „To nie ja. To przez niego!”.


– Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy o psychogenezie, krzyknęliśmy: Eureka! Ale potem odkryliśmy z braćmi, że… tego w Ewangelii nie ma.


Ale Stary Testament aż pęka od podobnych przykładów: dzieci pokutują za grzechy ojców…


– A na to wszystko przychodzi Jezus i zamyka temat grzechów międzypokoleniowych. Przynosi nowe życie. To ocean wobec kropli. Kiedy ocean miłości zalewa duszę, to nie jest istotne, jakie są dołki na dnie. To nie ma już znaczenia. Ocean zalewa wszystko. Kościół głosi Dobrą Nowinę, że w Chrystusie jest życie. Kiedy zaczynamy grzebać w drzewie genealogicznym, rozdrapujemy rany. Dobrze jest przerobić to na własnej skórze, ale uwaga, ostatnie słowo należy do Jezusa. Elżbieta Sujak, wspaniały psychiatra, opowiadała mi, że kiedyś, za jej młodości, gdy mówiono na temat grzechów ojca, dyskusję zamykano krótkim: „Przebacz. Taka jest wola Boga”. Koniec, kropka. Przebacz. Szanuj ojca, jeśli nie potrafisz go kochać. Dziś, gdy zaczynamy prześwietlać grzechy ojca pod mikroskopem, taka psychoanaliza ciągnie się latami.


Dlaczego przebaczenie ojcu jest takie ważne? Siostry z Rybna twierdzą, że to absolutna podstawa życia duchowego. Kapłani z Kręgu Miłosierdzia proponują przerobienie „Obrazu ojca”, zakończone przebaczeniem. 


– To działa jak furtka. Jeśli nie przebaczę ojcu, soki jego ducha będą płynęły we mnie, będę go nieustannie kopiował. Przebaczenie to radykalne odcięcie. Dopiero wówczas dokonuje się przeszczep; odrywam gałązkę z drzewa rodzonego ojca (przebaczając mu w imię Jezusa, przestaję pić soki jego bólu, grzechu, zranień) i przypinam ją do drzewa genealogicznego Jezusa Chrystusa. Innymi słowy: podpinam się pod Boga Ojca. Zamykam furtkę. (...)

Stoję w grupce pięciu świeżo upieczonych zakonników. „Żaden z nas – opowiadają – nie miał relacji z rodzonym ojcem. Po kilku latach formacji staliśmy się »ojcami«. Nie tylko z nazwy”. Można się tego nauczyć?


– Tak, ale to potwornie trudne. To moje doświadczenie, Przyznam szczerze: ja nie chciałem być ojcem. Chciałem być zakonnym bratem. Dziś wiem, że to była ucieczka, dezercja… Nie umiem dziś dobrze trzymać śrubokrętu, ale w seminarium byłem najlepszym mechanikiem. Po co? By przekonać wszystkich, że mam zostać bratem zakonnym. Na piątym roku napisałem podanie o to, by zostać bratem. Paulini się nie zgodzili. Przełożeni rozeznali moją sytuację. „Masz być księdzem” – orzekli. Czuli, że chcę zwiać przed „ojcostwem”. Psycholog orzekła: z twoją historią życia, ze zranieniami albo zostaniesz świętym albo pójdziesz na dno.


Ostro…


– Bardzo to przeżyłem. Drugi psycholog uderzył w podobny ton. 


Vianney słyszał pewnie podobne rzeczy…


– Nie wiem. Może i tak...


Ze zdumieniem zauważyłem, ilu świętych odcięło się radykalnie od rodzinnych więzów. Ucieczka z domu Franciszka, Klary, Charbela…


– To byli ludzie bardzo zranieni. Rzadko pochodzili z dobrych, kochających się rodzin, w których jedno z dzieci przeznaczało się na służbę Bogu. To byli gwałtownicy, ludzie rozdarci. Hulaka Augustyn nawraca się i po kilku latach zostaje biskupem.


Ale nawraca się dopiero wówczas, gdy w Mediolanie spotyka „świętego faceta” – Ambrożego. Adwokata, namiestnika Emilii i Ligurii, który po wyświęceniu na biskupa rozdał majątek ubogim...


– Nie bez znaczenia było to, że spotkał dojrzałego mężczyznę. Więź z matką – twierdzi psychologia – około dziewiątego roku życia dziecka przeradza się w naturalną więź z ojcem. I tu zaczynają się problemy. W rodzinach nie ma ojca, więc więź z matką zaczyna przeradzać się w zniewolenie. Nowicjusze w klasztorach nie potrafią nawiązać relacji z kierownikami duchowymi i przełożonymi, mają gigantyczne problemy z podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Są sparaliżowani. 


I – jak słyszę od kierowników duchowych – „wieszają się” na kapłanach, oczekując, że ci podejmą za nich decyzje…

– Sporo kleryków odchodzi z seminarium nie dlatego, że nie mają powołania. Nie! Oni po prostu nie są w stanie podjąć decyzji. Wybierają dezercję. Ojciec Józef Augustyn powiedział nam w szkole formatorów ciekawą rzecz: chłopcy w 25. roku życia są dziś niedojrzali do podjęcia decyzji. To nie są czasy, gdy dwudziestoletni faceci byli zdeterminowani. Mówili: „biorę sobie ciebie za żonę”, i to była decyzja ich życia. Dziś ci mężczyźni nie mają pojęcia, co robić. Zostać księdzem? Ożenić się? Ojcowie nie wychowują dzieci do podjęcia decyzji. Pamiętam sytuację sprzed lat. Odwiedziłem pierwszą założoną przez Kiko wspólnotę Drogi Neokatechumenalnej. Niesamowite doświadczenie dojrzałości wiary. Scena: dzieci czekają na posiłek. Najmłodszy, kilkuletni brzdąc drze się: „Ja chcę pierwszy! Chcę pierwszy!”. A tata spokojnie odpowiada: „Zastanów się, czy to, co mówisz, pochodzi od Pana Boga czy od diabła?”. Mały krzyczy: „Od Pana Boga!”. A tata wyjaśnia: „Nie! Zjedz ostatni, puść najpierw kolegów”. Stałem z boku i przyglądałem się. Minęło kilka lat. Dzieci wyrosły. I co słyszę? Jedno z nich pojechało z własną rodziną na misje do... Hongkongu. Zostawili przepiękny dom w Treviso i zamieszkali w ciasnym, dwupokojowym mieszkanku w bloku. Ich córka żali się mamie: „Szkoda mi tamtego domu. Musimy żyć w takich warunkach? – wyrzuca z siebie emocje. – Uczę się tego języka i w ogóle mi nie idzie…”. Ale potem nagle stwierdza: „No ale jeśli Jezus chce, żebyśmy tu byli, to niech będzie błogosławiony”. Rodzicom opadła szczęka. Dziecko dojrzewa w duchu wiary. Jest w stanie rozeznać wolę Bożą. To rzadkość. Psychologowie twierdzą, że na świecie jest od 10 do 13 proc. ludzi dojrzałych emocjonalnie, czyli takich, którzy mają poustawiane emocje, świat uczuć. Pozostali to ludzie zaburzeni, nieradzący sobie z lękami, ze światem uczuć, z rzeczywistością, która ich przerasta. Do takich poranionych ludzi przychodzi Bóg i… zalewa swą miłością. W Jezusie jest uzdrowienie człowieka. On uzdrawia absolutnie wszystko. Mówi o tym wielu świętych. Ale przecież, zauważmy, oni nie byli uzdrowieni „do końca”, nie byli klasycznym przykładem zdrowia psychicznego. Zmagali się, upadali, borykali z lękiem. Ale – uwaga – mieli uzdrowione postrzeganie rzeczywistości. Krzywdzono ich – potrafili przebaczyć, dostrzec szczęście w nieszczęściu. To tajemnica świętości. Z czego to się rodzi? Z więzi z Bogiem. Zaczynam dostrzegać Jego obecność we wszystkich wydarzeniach życia. To rodzi pokój serca: On przewidział wszystkie sytuacje. Jak powie św. Augustyn: najpierw Bóg cię wymyślił, potem długo się tobie przyglądał, potem cię ukochał, a na końcu stworzył. 


Co to znaczy w praktyce?

– To, że gdyby jeszcze raz stworzył historię mojego życia, stworzyłby dokładnie to samo; dałby mi tego samego tatę, taką samą mamę, rodzinę. Jasne, wpływ ojca na decyzje dzieci jest ogromny, ale pamiętajmy: to w Bogu Ojcu znajdziemy całkowite uzdrowienie. Przeżyłem na własnej skórze dwa lata bolesnej terapii. Skończyłem ją, biegnę do mojego terapeuty, kierownika duchowego, oczekując, że usłyszę jakąś konkretną wskazówkę o moich zranieniach, a on mówi krotko: proszę rozpocząć głębsze życie duchowe. Jakby mnie ktoś obuchem walnął. Tylko tyle? Żadnej psychologii? Grzebania w przeszłości? A on chciał mi zakomunikować: skończyłeś z tym. Teraz idź do Boga Ojca. Odbuduj relację. Zamknęliśmy psychoterapię. Koniec z tym. Idź do Ojca. On uzdrawia. 


Kiedy Jezus przebywał z Ojcem? Nie widział Go, miał przy sobie jedynie opiekuna Józefa…


– Jezus znikał na całe noce. Uczniowie widzieli to i zdumiewali się: „Jak oni muszą się kochać!”. Catalina Rivas w książce o męce Jezusa pisze, że On niemal co drugą noc spędzał na rozmowie z Ojcem. Przez całe lata przygotowywał się do męki. Nawiązywał z Nim więź miłości. Co dawał Mu Ojciec? Siłę. Uczył, jak przyjąć cierpienie, zmagać się z przeciwnościami. Taka jest rola ojca! 


Scena, którą widziałem w Tatrach. Idziemy z młodzieżą Ścieżką nad Reglami. Słyszę płacz. Na skale wisi dziewczynka. Wdrapała się i nie potrafi zejść. Przerażona krzyczy: „Tatoooo!”, Mówię młodzieży: „Szukajcie ojca! Może coś się z nim stało?”. Podbiegam pod skałę, rozkładam ramiona i krzyczę: „Spójrz na mnie, skacz, złapię cię”. A ona: „Nie! Chcę do taty!!!”. Stoję i asekuruję ją. Po chwili przychodzi ojciec, młody mężczyzna. „Tato! – woła córka – zobacz, jak wysoko weszłam. Zdejmij mnie!”. A tata spokojnie: „Nie! Sama weszłaś, sama spokojnie zejdziesz. Nie bój się. Spokojnie! Tu postaw lewą nogę, potem delikatnie prawą. Nie puszczaj ręki. Jestem z tobą, nie bój się”. Zeszła z tej skały i rzuciła się tacie w ramiona: „Udało się!”. A on przytulił ją: „Mówiłem, że ci się uda!”. Stałem i przyglądałem się tej scenie jak zaczarowany. 

(GN 38/2012)

 

Płód czy dziecko? Od kiedy jest się człowiekiem? Każdy ma prawo do życia. Życie jest jedno i niepowtarzalne - jest darem Boga. Film pokazuje rozwój poczętego dziecka w łonie matki ...

 

{youtube}1mbjFwjSc_Y{/youtube}

 

Utwór dedykujemy rodzicom wychowującym dzieci niepełnosprawne           i tym, którzy obawiają się urodzenia dziecka chorego. Jest on wykonany przez dzieci niepełnosprawne w podziękowaniu za   ŻYCIE  i  MIŁOŚĆ rodzicielską.

 

{youtube}nhYcxTdtM-E{/youtube}

 

Zniewolonych najbardziej rażą uwolnieni ...

Ze świadectwami się nie dyskutuje. Gdy ktoś opowiada, jak było u niego, to z czym tu polemizować? Nie da się. No chyba, że człowiek da świadectwo wyzwolenia z grzechu, którego inni za grzech uznać nie chcą. Wtedy w dalszym ciągu polemizować się nie da, ale się polemizuje.

Tak było niedawno, gdy na stronie gosc.pl, wśród wielu znakomitych świadectw, opublikowaliśmy i takie, w którym Małgorzata (nazwisko znane redakcji) opowiedziała o wyzwoleniu z antykoncepcji. Oboje z mężem odczuwali, że coś jest źle, ale strach przed potomstwem i chęć „korzystania z życia” były silniejsze. Gdy zwrócili się do Boga ze szczerym błaganiem, On ich wyprowadził ze zniewolenia – i dziś widzą, jakie to szczęście.

Pod linkiem do tego tekstu na Facebooku wybuchła burza. Z braku możliwości ataku wprost, ludziska wzięli wygłaszać ograne farmazony, nie wiadomo do czego nawiązujące. Na przykład: „Ludzie to nie króliki, by rozmnażać się bezmyślnie”; „Nie dajmy się ogłupić świrniętym księżom”; „Posiadanie 8 dzieci (nieplanowanych) oraz brak możliwości wyżywienia tego potomstwa to patologia”; „Ja mam małego synka i nie stać póki co nas z żoną na więcej dzieci. Czy naprawdę Bóg nas ukarze za chęć bycia odpowiedzialnymi?”. I tak dalej.

Rzecz charakterystyczna, że autorka świadectwa nikogo nie atakowała – opowiedziała tylko, jak było u niej. Ponieważ jednak wraz z mężem doświadczyła wolności, jaką daje zaufanie Bogu, czytelnicy stosujący antykoncepcję doświadczyli konfliktu sumienia. Skoro nie chcieli sprzeciwić się swojemu grzechowi, musieli się sprzeciwić świadkowi wyzwolenia z grzechu. Wymyśla się w takich razach dowolne nonsensy, takie jak choćby wyżej przytoczone, byle zakrzyczeć własną małoduszność i strach wobec świadomości, że robi się rzeczy złe, czyli szkodliwe. To jest właśnie przyczyna, dla której świat nienawidzi konsekwentnych chrześcijan, choć oni dają tylko świadectwo własnej wolności.

                                                             Franciszek Kucharczak (GN 19/2013)

 

POLECAMY * POLECAMY * POLECAMY * POLECAMY * POLECAMY

  SP Pallotti w Lublinie     Przemiana.pl